Żółwie, kokosy i tuńczyki - katamaranem przez tropikalne Seszele
- Aleksy Duchnowski
- 6 dni temu
- 6 minut(y) czytania
Ten rejs zaczął się na długo przed pierwszym postawieniem nogi na pokładzie. Jak większość wypraw na Seszele, również i ta zaczęła się w Warszawie — od długiego lotu z przesiadką na Bliskim Wschodzie. Najczęściej są to połączenia przez Dohę z Qatar Airways albo przez Dubaj liniami Emirates. W obu przypadkach podróż jest raczej komfortowa.
Na Mahe ląduje się zwykle wcześnie rano. To bardzo dobra wiadomość dla załogi — mamy cały poranek, by spokojnie odebrać bagaże, zorganizować transfer i dotrzeć do mariny bez pośpiechu. W takim układzie zdecydowanie polecam opcję early check-in w bazie czarterowej. Po kilkunastu godzinach w samolotach możliwość wcześniejszego wejścia na jacht, wzięcia prysznica i wypicia kawy na pokładzie jest bezcenna.

Baza czarterowa na Seszelach znajduje się na głównej wyspie Mahe, praktycznie na trasie między lotniskiem a Victorią — stolicą kraju. Mieści się na Eden Island, sztucznie usypanej wyspie hotelowo-resortowej, na której znajduje się marina. To właśnie tutaj bazują wszystkie jachty czarterowe, stąd rozpoczyna się większość rejsów po archipelagu.
Seszele są królestwem katamaranów. Jednostki jednokadłubowe to rzadkość. I trudno się dziwić — katamaran jest tutaj po prostu najlepszym wyborem. Na Oceanie Indyjskim często występuje zafalowanie, które na dwóch kadłubach odczuwa się znacznie mniej. Do tego dochodzi bardzo skromna infrastruktura portowa na wyspach — komfort życia na katamaranie, jego przestrzeń i autonomia są w takich warunkach ogromną przewagą.
My wybraliśmy katamaran Lagoon 46. Jednostka sprawdzona, wygodna i dobrze przemyślana do tego typu rejsów. Flybridge z poduszkami i dobrym widokiem, duża strefa wypoczynkowa na dziobie, generator, odsalarka, klimatyzacja — pełne wyposażenie pozwalające funkcjonować niezależnie od portów. To istotne, bo na Seszelach zdecydowaną większość nocy, jeśli nie wszystkie, spędza się na kotwicy.

Przełom grudnia i stycznia, okres sylwestrowy to środek pory deszczowej. Prognozy zapowiadały sporo opadów i wysoką wilgotność. W praktyce wygląda to jednak inaczej niż na mapach pogodowych — deszcze są intensywne, ale krótkie. Przeplatają się z silnym słońcem, wysoką temperaturą i spokojnymi warunkami żeglarskimi. Mieliśmy trochę chmur, trochę deszczu, ale przede wszystkim dużo słońca. Wszyscy wróciliśmy z rejsu bardzo wyraźnie opaleni.
Jednym z elementów, który wyróżniał ten rejs, był fakt, że od pierwszego dnia mieliśmy na pokładzie lokalnego kucharza. Mikel — bo tak miał na imię — wcześniej pracował jako szef kuchni w lokalnej restauracji. W czasie pandemii zmienił ścieżkę zawodową i od kilku lat pływa na jachtach czarterowych, wynajmowany przez armatorów jako pokładowy cook. Gotuje kuchnię kreolską, jak sam ją nazywa: kuchnię swojej mamy. To nie była hotelowa interpretacja lokalnych smaków, tylko prawdziwe seszelskie jedzenie, oparte na rybach, owocach morza, warzywach, ryżu, mleku kokosowym i przyprawach, szczególnie curry i sosie sojowym.
Mikel zrobił dla nas zakupy jeszcze przed naszym przylotem. Gdy tylko odebraliśmy jacht i załadowaliśmy ogromne ilości jedzenia na pokład, rozpoczęliśmy rejs. Bez odkładania przygody na „jutro”, ruszyliśmy odrazu.
W sobotę popołudniu obrałem cel bardzo niedaleko, Park Narodowy Sainte-Anne, na jedno z najbardziej znanych kotwicowisk w tej części archipelagu. Po rzuceniu kotwicy nie odpoczywaliśmy, dinghy do wody, załoga na pokład pontonu i kierunek eksploracja: Il Moyenne. Pierwszy kontakt z Seszelami: biały piasek, palmy kokosowe pochylone nad wodą, ciepłe morze i zachód słońca, który przypomina, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie mieliśmy być.

Dni na Seszelach są krótkie i długie jednocześnie. Słońce zachodzi około 18:30 i bardzo szybko robi się ciemno. Z drugiej strony — już po 6:00 jest jasno i dzień zaczyna się na nowo. Mamy w praktyce około 12 godzin światła dziennie, dlatego warto wykorzystywać każdy poranek i nie zwalczyć budzenie się w innej strefie czasowej.
Po powrocie na katamaran czekała na nas pierwsza kolacja przygotowana przez Mikela. I od razu było jasne, że ta decyzja, o kucharzu na pokładzie, była świetnaPo długim locie, intensywnym dniu i pierwszym kontakcie z tropikami, około 21:00 wszyscy byli już kompletnie wykończeni. Cisza na kotwicy, delikatne kołysanie i tropikalna noc zrobiły swoje.
Następnego poranka wstałem jeszcze przed resztą załogi. Polatałem dronem nad mini archipelagiem Sainte-Anne, wskoczyłem do wody, zaparzyłem kawę.Swoją drogą: jeśli ktoś lubi kawę, bardzo polecam Café des Illes — stuprocentową arabikę paloną na Seszelach.

Tego dnia miałem jeden osobisty cel: złowić tuńczyka.Region słynie z dużej ilości ryb, więc jeszcze przed wyjazdem kupiłem solidny zestaw do trollingu — wędkę przystosowaną do ciągnięcia przynęty za płynącym jachtem. Ruszyliśmy po śniadaniu w kierunku Praslin. Plan był jasny: najpierw intensywnie eksplorujemy północne wyspy — Praslin, La Digue i Curieuse — a dopiero później wracamy na Mahe, by spędzić Sylwestra w okolicach Eden Island, gdzie mieliśmy zaplanowane spotkanie ze znajomymi i imprezę na Mahe.
Odległość z Parku Sainte-Anne do Praslin to niecałe 30 mil, około czterech godzin spokojnej żeglugi.Po nieco ponad godzinie usłyszałem dźwięk, który każdy wędkarz zapamiętuje na długo — charakterystyczny świst multiplikatora, gdy ryba ciągnie żyłkę. Pierwszy tuńczyk. Mały, kilkukilowy bonito, ale emocje jak przy trofeum.W ciągu kolejnych dwóch godzin złapały się jeszcze dwa. Trzy tuńczyki przed obiadem — start połowu zdecydowanie powyżej oczekiwań.

Na lunch zakotwiczyliśmy przy Round Island, koło Praslin. Rafa, jasna plaża, kilka innych katamaranów w zasięgu wzroku.
Na Seszelach najważniejsze jest unikanie zatok i plaż, do których dochodzi oceaniczny swell. Jeśli fala rozbija się o plażę lub rafę, desant pontonem bywa niebezpieczny lub po prostu niemożliwy. Szczególnie zdradliwe są południowo-wschodnie zatoki La Digue — nawet przy sprzyjającym monsunie północno-zachodnim potrafią mieć potężną, łamiącą się falę.
Dlatego szukamy miejsc osłoniętych, z czystym wejściem, bezpiecznych zarówno dla katamaranu, jak i dla dinghy.

Kolejnym punktem programu była La Digue.Dopłynęliśmy tam już wieczorem, tak aby następnego dnia od rana ruszyć z eksploracją wyspy. Najpopularniejszy środek transportu na La Digue to rower — i to zdecydowanie najlepsza opcja. Wypożyczenie sześciu sztuk nie było łatwe, bo akurat tego dnia do wyspy przybił statek wycieczkowy i pół wyspy jednocześnie próbowało wynająć jednoślady. Udało się, co od razu poprawiło nam nastroje.
Trasa rowerowa jest zaskakująco przyjemna. Większość drogi biegnie w cieniu drzew. To sprawia, że nawet w środku dnia jazda nie jest męcząca.Dojechaliśmy aż do Grand Anse — jednej z najbardziej znanych, południowych plaż La Digue. W praktyce są tam trzy sąsiadujące ze sobą plaże, ale to właśnie Grand Anse uchodzi za najbardziej pocztówkową. I nie bez powodu. Spędziliśmy tam niemal cały dzień, z przerwą na obiad w niewielkim barze przy plaży.
Wracając późnym popołudniem złapał nas klasyczny seszelski deszcz: intensywny, gęsty, niemal ściana wody, który trwał prawie godzinę. Wszyscy przemokliśmy do suchej nitki. Dron w torbie też swoje dostał — na szczęście udało się go wysuszyć i do dziś działa bez zarzutu.
Po drodze zajechaliśmy jeszcze do sklepu, gdzie udało mi się kupić… maczetę. Dzięki temu po powrocie na katamaran mogliśmy celebrować dzień świeżymi kokosami, rozłupywanymi bezpośrednio na pokładzie.

Następnego poranka rzeczywistość dała o sobie znać w postaci oparzeń słonecznych. Pomimo kremów, czapek i cienia, równikowe słońce potrafi być bezlitosne — szczególnie dla dzieci. Musieliśmy więc na chwilę zmienić plany i podskoczyć na Praslin do apteki po Panthenol i środki na oparzenia. To ważna lekcja dla każdego, kto planuje rejs w tych rejonach: ochrona przed UV nie jest dodatkiem, tylko absolutną podstawą.
Po opanowaniu sytuacji ruszyliśmy dalej — tym razem do rezerwatu żółwi na wyspie Curieuse. To jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc archipelagu, dom gigantycznych żółwi lądowych, endemicznych dla Seszeli.Po śniadaniu zeszliśmy na ląd. Żółwie chodzą tam swobodnie po wyspie, można je karmić liśćmi, dotykać, obserwować z bliska. Mają nawet swój „żłobek”.

Na wieczór zdecydowaliśmy się na komfort: noc w porcie na Praslin, uzupełnienie wody, zakupy i kolacja na lądzie.Wybraliśmy restaurację Les Lauriers na północno-wschodnim wybrzeżu wyspy, niedaleko wysepki Saint-Pierre. Bardzo solidna kuchnia kreolska w formule all you can eat — świetna okazja, by spróbować praktycznie wszystkiego.
Następnego ranka nadszedł czas powrotu na Mahe. Wyszliśmy wcześnie rano i znów rozłożyłem wędkę do trollingu. Dwa kolejne tuńczyki — tym razem wyraźnie większe. Testowałem różne przynęty, ale ostatecznie najlepiej sprawdził się klasyczny niebieski squid, ciągnięty około 30–40 metrów za jachtem.
Najlepsze było jednak to, co działo się później.Mikel filetował ryby niemal od razu po ich wyciągnięciu, a przy kolejnym posiłku na stole lądowało świeże sashimi z tuńczyka.
Jeszcze przed dopłynięciem na sylwestrową noc zatrzymaliśmy się ponownie w Parku Sainte-Anne — tym razem na plaży po drugiej stronie wyspy — żeby spędzić spokojny dzień na pływaniu, snorkelowaniu i odpoczynku przed intensywną nocą.
Tym razem plan był prosty: spotkanie ze znajomymi, łącznie ponad dwadzieścia osób, kolacja w restauracji tuż przy plaży i sylwester spędzony dokładnie tak, jak powinien — tańcząc, jedząc i witając Nowy Rok bez pośpiechu, w cieple, z piaskiem pod stopami.
W pierwszy dzień nowego roku planowaliśmy wspólny lunch na naszym katamaranie w zatoce przy wyspie Moyenne. Wynajęliśmy dodatkową małą łódź, żeby rozłożyć liczbę osób między jednostkami. Wracaliśmy na naszą ulubioną plażę z pochylonymi palmami, dającymi naturalny cień.

Mikel przygotował fenomenalny lunch: wielkiego red snappera, świeżego tuńczyka, dodatki kuchni kreolskiej, owoce, sosy, ryż. Jedzenie było jednym z najmocniejszych punktów tego rejsu — świeże, lokalne.
Piątek był już powolnym domykaniem pętli. Postanowiliśmy jeszcze opłynąć Mahe od południa, eksplorując zatoki osłonięte od północnego wiatru.W międzyczasie złowiłem kolejne dwa tuńczyki — tym razem największe z całego rejsu, około 5–6 kg. Łącznie tydzień siedem sztuk. Dla mnie — osobisty rekord i ogromna satysfakcja.

Ostatni dzień spędziliśmy na plażach południowego Mahe. Na wieczór wróciliśmy do Eden Marina i zakończyliśmy rejs spokojnym check-outem, bez szkód i bez nerwów.
Warto tu jednak wspomnieć o jednym aspekcie czarterów na Seszelach.Choć nasz katamaran był rocznikiem 2023, jego stan techniczny i wizualny pozostawiał sporo do życzenia. Zużyte elementy, niedziałające drobiazgi, podarte materiały. To nie był wyjątek — to raczej lokalny standard. Dlatego dziś podchodzę do seszelskich czarterów bardzo konkretnie: nie wynajmujemy luksusu, wynajmujemy narzędzie do eksploracji.
Seszele ogląda się z perspektywy wody, zatok i kotwicowisk — a sprzęt, jego stan i detale wykończenia warto traktować z lekkim przymrużeniem oka.




